Moja Wielkopostna Radość #2, czyli małżeństwo

Moja Wielkopostna Radość #2, czyli małżeństwo


Nie mam zamiaru stworzenia w tym miejscu laurki dla mojej żony, chociaż to oczywiste, że Elżbieta jest ukochaną kobietą mojego życia, piękną i wspaniałą. Chcę podzielić się moją radością z faktu noszenia obrączki z jej imieniem – właśnie teraz, bo skoro Wielki Post jest czasem nawrócenia, to chciałbym nawracać się także jako mąż. A tego nie da się robić bez radości!

Wczoraj oglądaliśmy razem disneyowski film Odlot. Film piękny, przekazujący sporo niesamowicie prawdziwych i głębokich (jak na film animowany) prawd. Poryczeliśmy się w pierwszych dziesięciu minutach, gdy w skondensowany sposób pokazano historię miłości Karla i (nomen omen) Eli, od poznania się w pryszczatym okresie życia, poprzez zakochanie, wspólne fascynacje, budowanie własnego domu, przeżywanie bólu z powodu braku (może straty? nie było to jednoznacznie pokazane) dziecka, jesień życia, różne trudności i radości, wreszcie chorobę Ell i jej śmierć.

Bardzo chcielibyśmy dożyć razem takiego momentu: móc za kilkadziesiąt lat z uśmiechem przeglądać albumy ze zdjęciami z czasów naszej młodości, utrwalonych wspólnych chwil o których już teraz ledwo pamiętamy (dlatego na bieżąco staramy się je kompletować), pielęgnować wspomnienia i wspólne przyzwyczajenia, trzymać się zawsze blisko siebie, okazywać czułość i szacunek, serdeczność i przyjaźń, miłość zawsze stałą, pomimo ulotnych uczuć. Kurczę, czasami te disneyowsko-pixarowskie filmy okazują się prawdziwymi perełkami, zupełnie nie „filmami tylko dla dzieci”!

Małżeństwo, ślub, związek małżeński, matrimonium… bardzo dużo krąży stereotypów i uproszczeń na temat tego cudownego związku kobiety i mężczyzny (dziś nawet to trzeba uświadamiać…), którego źródło leży nie w naszej kulturze, ale naturze. Przecież nawet Kościół (tak, ten ciemny, ciemiężący i wtrącający się Kościół Katolicki) uznaje i szanuje zgodę małżeńską pomiędzy nieochrzczonymi, chociaż nie jest ona sakramentem. Z chwilą przyjęcia chrztu nie trzeba jednak odnawiać przysięgi, bo uznaje się, że ona trwa, czyli małżeństwo jest czymś głębszym, autonomicznym… To niezwykłe! Oczywiście w chrześcijaństwie zostaje ono podniesione do rangi sakramentu, wraz z całą (piękną) teologią, wywodzącą się od obrazu oblubieńczej miłości Boga do Izraela, Chrystusa do Kościoła.

Trzy rzeczy są dla mnie ważne, chcę je sobie mocno w tym czasie przypominać i czerpać z nich radość:

1. Jesteśmy razem, choć oddzielnie

Jest pewien ładny wiersz libańskiego poety Khalila Gibrana, z jego dzieła Prorok, który bardzo lubię:

Zrodziliście się razem i razem na zawsze pozostaniecie.
Pozostaniecie razem, aż białe skrzydła śmierci rozwieją wasze dni.
Zawsze pozostaniecie razem, nawet w milczącej pamięci Boga.
Lecz zachowajcie wolną przestrzeń w waszej wspólnocie.
I niech niebiańskie wiatry pląsają między wami.
Miłujcie się nawzajem, lecz nie narzucajcie pęt swej miłości.
Niech raczej falujące morze powstanie pomiędzy brzegami waszych dusz.

Napełniajcie nawzajem wasze kielichy, lecz nie pijcie z jednego kielicha.
Dzielcie się chlebem, lecz nie pożywajcie tego samego bochenka.
Śpiewajcie, tańczcie ze sobą i bądźcie weseli, lecz niech każde z was pozostanie samotne.
Tak jak struny lutni pozostają samotne, choć każda drga tą samą melodią.

Obdarzajcie się sercami, lecz nie bądźcie ich strażnikami.
Bo tylko ręka Życia może zawrzeć wasze serca.
Stójcie obok siebie, lecz nie nazbyt blisko jedno drugiego;
Albowiem filary świątyni stoją oddzielnie,
A dąb ani cyprys nie rosną jeden w cieniu drugiego.

Miałbym ochotę zacytować te słowa wszystkim przyszłym małżonkom (obecnym też nie zaszkodzą). W małżeństwie fascynująca jest dla mnie ta jednoczesność jedności i autonomii, złączenia się (fizycznego, najbardziej dosłownego, w jednym ciele) i odrębności, wspólnych działań i indywidualności. W prawdziwej miłości nie chodzi o uczucia (te są zmienne), ale o stałość decyzji. Nie chodzi o ciągłe patrzenie sobie w oczy (chociaż to też potrzebne), ale o patrzenie i zmierzanie w jednym kierunku.

Podoba mi się to trzeźwe, katolickie podejście: uświęcać się razem, ale niekoniecznie tak samo. Nie narzucać swoich przyzwyczajeń, poglądów, stylów, upodobań – ale szanować odmienność i potrzeby drugiego, uczyć się ich wzajemnego wyrażania i dostrzegania. To daje mi wielką radość, bo oznacza, że mogę dalej w to wchodzić, zachowując siebie. Mogę pozostać taki, jaki jestem, a jednocześnie uczę się coś z tego tracić dla Niej, zrezygnować, odłożyć na później. Tak, jak napisałem wyżej – traktuję to również jako część mojego nawracania się, a ponieważ jestem do niego ciągle wzywany (w Wielkim Poście szczególnie), dlatego poza radością towarzyszy mi mieszanka wstydu i niedosytu, gdy widzę jak często mój rachunek sumienia z bycia dobrym mężem przynosi bilans ujemny, wydobywając moje lenistwo i egoizm.

2. Ty jesteś najważniejsza dla mnie, a ja dla Ciebie

Druga strona medalu to oczywiście nasza jedność. Mamy z Elą wobec siebie pewne prawa na wyłączność: udzielenie ich komuś trzeciemu byłoby niewiernością, zdradą. Nie chodzi jedynie o więź seksualną, bo to oczywiste. Jest też więź naszych wspólnych spraw, wartości, kierunku w którym idziemy, w którym chcemy wzrastać, wychowywać nasze dzieci.

Zawsze mamy stawać w swojej obronie, być po jednej stronie każdej barykady. To bardzo dobrze widać choćby w różnych sporach, przede wszystkim z rodzicami/teściami. Nawet, gdy może nie do końca się ze sobą zgadzamy (w drobiazgach albo ważniejszych sprawach), to jednak ja zawsze muszę bronić Eli, a ona mnie. Mamy prawo oczekiwać tego nawzajem od siebie. Świadomość, że ma się przy sobie kogoś, kto mnie zawsze poprze (wyłączając jakieś ekstremalne wyjątki), napawa wielką radością.

Mam prawo oczekiwać od Eli (a ona ode mnie), że będę dla niej, po Bogu, ważniejszy od kogokolwiek innego na świecie, włącznie z rodzicami – czyli ta więź małżeńska wyprzedza więź naturalną, biologiczną! Jednocześnie trwa ona aż do śmierci (tak sobie ślubowaliśmy), czyli nie jest wieczna, nieśmiertelna – dlatego właśnie istnieje możliwość ślubu po śmierci współmałżonka, i nie powinno to być dla nikogo gorszące ani dziwne. Przecież w niebie nie będziemy już mężem i żoną, choć to może po ludzku trudne do zrozumienia (ale czy cokolwiek na temat „jak będzie w niebie” jest proste do zrozumienia?). Bóg ustalił takie reguły gry i tego trzeba się trzymać. Jak zwykle potwierdza się mądre powiedzenie, że jeśli On jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu.

Jeśli dotrwaliście do tego momentu tekstu, to zauważyliście może, że dotąd nie było ani słowa o Basi. I słusznie, bo to tekst o małżeństwie a nie rodzicielstwie, i chociaż w małżeństwo jest wpisana płodność i otwartość na posiadanie dzieci (podkreślam liczbę mnogą), to jednak dla męża najważniejsza jest żona, a nie dziecko – a dla żony (to zwykle trudniejsze) mąż, a nie dziecko. Chcesz uszczęśliwić swoje dziecko, dać mu coś czego najbardziej pragnie i potrzebuje? Kochaj najmocniej jak potrafisz jego mamę (tatę), i tyle! Dawaj mu/jej całego siebie, noś na rękach, podtrzymuj, rozśmieszaj, praw komplementy, dawaj prezenty. Małe wnet wyczuje.

Pewnie, że to nie takie proste, szczególnie gdy pojawia się pierwsze dziecko i wywraca cały nasz świat do góry nogami – wiemy o tym doskonale, nasza córka jest przeukochana, słodka, wdzięczna, przyciągająca uwagę, pełna energii, zachwycająca, wprost skarb nieoceniony. Ale i tak jest na drugim miejscu w mojej rodzinnej hierarchii, bo kiedyś (mam nadzieję) wyfrunie od nas, założy swoją rodzinę albo będzie wypełniać jakiekolwiek swoje powołanie – a ja z Elą zostaniemy dalej ze sobą (jeśli czujecie w tym miejscu z mojej strony jakiś żal na myśl o tej chwili, to mylicie się :) ).

Wiecie, że Basia jakoś inaczej na nas patrzy, gdy całujemy się lub przytulamy z Elą? No dobra, może to na razie wygląda na minę w rodzaju Eeeee, ale co oni robią…? – ale to jest ewidentnie jej u n i k a l n e i w y j ą t k o w e spojrzenie, nie powtarzające się w żadnych innych sytuacjach! Jestem przekonany, że czuje się wtedy dobrze i bezpiecznie, bo mama i tata kochają się. Wszystko jest tak, jak być powinno.

Jest radość!

3. Nie jesteśmy sami

Trzeci powód, chociaż w pewnym sensie podstawowy. W tym wszystkim nie jesteśmy sami, bo zaprosiliśmy do swojego małżeństwa Pana Jezusa. Nie będę się specjalnie rozpisywał na ten temat, bo wydaje mi się, że wiecie, o co chodzi. Staramy się traktować wiarę poważnie, chociaż często mamy wrażenie, że sporo nam jeszcze brakuje do oceny dostatecznej. Codziennie się razem modlimy, choćby krótko – przy jednoczesnym poszanowaniu własnej intymności w tej sferze. Tak się składa że z powodu mojej pracy jesteśmy wyjątkowo antyprzykładnym małżeństwem katolickim, bo nie chodzimy razem do kościoła (z wyjątkami).

Wiemy, że kryzysy zawsze się zdarzają, w najbardziej zgodnych małżeństwach. Kłótnie i uleganie własnym emocjom są na porządku dziennym – ale zawsze na koniec dnia, przed pójściem spać, musimy razem uklęknąć i zwrócić się do Tego, który wskazał, żeby nad naszym gniewem nigdy nie zachodziło słońce. Wierzymy w Jego obecność, w trwałość obietnicy Jego przymierza, w Jego błogosławieństwo. Tak jest naprawdę łatwiej. I radośnie!

Jeśli ktoś woli argumenty racjonalne, to czysta statystyka mówi sama za siebie:

Amerykańska socjolog Mercedes Arzu Wilson:
1. Związek tylko cywilny – rozchodzi się jedna para na dwie: 50%.
2. Po ślubie kościelnym, bez praktyk religijnych – jedna para na trzy zawarte: 33%.
3. Po ślubie kościelnym i przy coniedzielnym wspólnym udziale we Mszy św. – jedna para na pięćdziesiąt: 2%.
4. Po ślubie kościelnym, przy coniedzielnym wspólnym udziale we Mszy św. I przy codziennej wspólnej modlitwie małżonków – rozpada się jedna para na 1429, a więc zaledwie 0,07%, czyli 0,7 promila (!).
(Źródło: Mieczysław Guzewicz „Fundament małżeństwa” – Miłujcie się! Nr 4-2006)

Właśnie się zorientowałem, że pod koniec zacząłem pisać w liczbie mnogiej, bo trudno mi o tej prawdzie myśleć inaczej, niż z naszej wspólnej perspektywy.


Powyższy tekst jest częścią cyklu Moje Wielkopostne Radości. Jeśli chcesz się dowiedzieć, po co go piszę, zajrzyj tutaj.