Ech, co to był za ślub… – czyli o trzech rodzajach kościelnych ceremonii z czerwonym dywanem

Ech, co to był za ślub… – czyli o trzech rodzajach kościelnych ceremonii z czerwonym dywanem



W przeciwieństwie do pogrzebów, które z naturalnych powodów nie są planowane z dużym wyprzedzeniem, śluby są przygotowywane od dłuższego czasu, nieraz co do najdrobniejszych szczegółów. Niestety, gdy obserwuję kilkanaście (kilkadziesiąt) ślubów kościelnych rocznie, to mam wrażenie, jakby było zupełnie inaczej.

O tej porze roku następuje wysyp artykułów okołoślubnych: po co ślub? dlaczego nie ślub? kiedy ślub? gdzie ślub? I tak dalej. Ma rację Natalia Białobrzeska, że najważniejsze, aby w tym wszystkim nie zwariować. Nie chcę w to akurat wchodzić, bo to temat-rzeka, ale jeśli już młodzi zakochani podjęli decyzję o ślubie w kościele, to według mnie w większości przypadków powtarzają się wciąż te same błędy, przez co mamy do czynienia z zasadniczo trzema typami takich ceremonii, widzianymi z góry:

Wersja pierwsza: dzień dobry, my tu salę wynajęliśmy na nasze show

Taki ślub można rozpoznać już z daleka. Przed kościołem limuzyna rodem z Las Vegas, względnie z arystokratycznych dzielnic Londynu. Wokół kłębi się tłum gości, co jedne to w bardziej fikuśnej kreacji (że kiedyś, a w niektórych krajach i dziś, nie byłyby w tym wpuszczone do kościoła? – phi!). Wchodzą do środka kilka minut przed (no bo po co wcześniej), dokładnie w takim samym stylu, jakby wchodzili do foyer Filharmonii Wiedeńskiej w Nowy Rok. Nieraz wydaje mi się, że są zdziwieni brakiem kogoś witającego ich w kruchcie, najlepiej z propozycją kawy albo czegoś zimnego do picia (no tak, klimatyzacji oczywiście tu nie ma). Gwar jak w ulu, połowa komentuje suknię młodej, druga połowa uzgadnia późniejszą drogę na wesele. Kościół, świątynia, jakieś poczucie sacrum? Panie, my tu salę wynajęliśmy, odczep się pan! Guma do żucia już mnie dawno nie dziwi w takich sytuacjach, dzwonek komórki to już standard (coraz mniej osób krępuje się też rozmową przez telefon), niemożność normalnego przyklęknięcia lub zrobienia znaku krzyża także. Gdy słyszę dialog:

– Pan z wami
– …

to wtedy już ostatecznie utwierdzam się w przekonaniu, że właśnie ten przypadek obserwuję.

Wiecie co, może to nie do końca w porządku z mojej strony, ale mam wtedy ochotę dać z siebie jak najmniej. Jeśli tym ludziom na dole nie zależy NIJAK na odpowiednim przeżyciu tej mszy (ba, nieraz nawet na zwykłej kulturze), to czemu mi, jako organiście, ma zależeć? Gram coś tam, bez zaangażowania, jak najkrócej, bez żadnych preludiów, postludiów, rozbudowanych przygrywek, idźcie już stąd, niech ta szopka jak najszybciej się już skończy. Do Komunii przystępuje jakaś garstka, większość jest skupiona na oglądaniu dopiero co zrobionych przez cały tabun wujków i kuzynów zdjęć z nakładania obrączek, albo na przygotowywaniu kwiatowych petard do wystrzelenia tuż po wyjściu z kościoła (kto to później posprząta, o tym już zupełnie nikt nie myśli).

Tego obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia sytuacja, gdy młodzi (albo ich rodzina) dojdą do wniosku, że skoro kościół to wynajęta sala teatralna, to należy jej się też iście koncertowa oprawa muzyczna. Zlecają wtedy różnym muzykom (o których ja często dowiaduję się dopiero w drodze na chór, ale już trudno) wykonywanie utworów, mające tyle wspólnego z liturgią sakramentu małżeństwa, co ja z baletem klasycznym. Straszne.

slub2

Wersja druga (najczęściej spotykana): panie organisto, a mógłby może chór zaśpiewać pojutrze?

Inny rodzaj ślubów to takie śluby-paradoksy. O ile salę rezerwuje się na przynajmniej rok wcześniej, orkiestrę ściąga się z drugiego końca Polski, układ stołów weselnych, kwiaty i dekoracje ustala się co do najdrobniejszych szczegółów – to w sferze liturgii panuje totalny chaos, niedbałość, odkładanie na ostatnią chwilę. Ja bardzo chętnie przygotuję dodatkową oprawę muzyczną podczas ślubu, co tu dużo ukrywać, również ze względów finansowych – ale dlaczego ktoś przychodzi spytać o to, bywa że i tydzień przed? Zebrać chórzystów, ustalić repertuar, albo znaleźć grającego na skrzypcach lub innym instrumencie – zawsze jakoś się da, ale o ile spokojniej to wszystko by się odbywało, gdyby młodzi (lub ich rodzina) nie budzili się za pięć dwunasta, że o, może by jeszcze Ave Maria ktoś zaśpiewał i na trąbce zagrał?

To w ogóle jest dziwne: ślub to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu – a dlaczego tak niewielu narzeczonym zależy na piękniejszym przygotowaniu liturgii? Większości się wydaje, że ich decyzyjność ogranicza się do doboru kwiatów i zaśpiewanych pieśni – czy naprawdę nikt nie mówi na kursach przedmałżeńskich, że można choćby dobrać czytania, modlitwę powszechną, poprosić swoich najbliższych o zaangażowanie w tym zakresie? Już nie mówię o poziomie hard: poproszeniu księdza o konkretną modlitwę eucharystyczną, tę a nie inną formułę modlitwy nad nowożeńcami, błogosławieństwa, a nawet taki a nie inny ornat.

Ten brak zaangażowania wynika z różnych przyczyn: z niewiedzy, że to w ogóle możliwe (drodzy księża, to przytyk do was!), z braku takiej chęci albo roztargnieniu, ale też, cóż… z pewnego infantylizmu i ignorancji, polegającej na tym, że nad czym tu się zastanawiać, przecież to wszystko jest i tak o miłości... Płycizna i bazowanie na emocjach, poruszeniach, odczuciach – to prawdziwa plaga. Nikt nie zwraca uwagi na podstawowe symbole, znaczenie konkretnych gestów, znaków. Najprostszy i najczęstszy przykład: biała suknia z welonem, oznaczająca przecież coś bardzo konkretnego – gdy para mieszka już ze sobą na długo przed ślubem (a już w ogóle, gdy po ziemi dreptają ich dzieci), wygląda po prostu śmiesznie. A jeśli do tego – wzorem amerykańskich filmów – panna młoda jest prowadzona przed ołtarz przez swojego ojca i tam dopiero oddawana narzeczonemu, to mam wrażenie jakiejś niemalże farsy.

Ja najbardziej ten brak myślenia widzę na przykładzie pomysłów muzycznych na ślub w kościele: gdzie tam jakieś patrzenie z perspektywy miłości zanurzonej w Chrystusie, ewangelicznej – gdyby się dało (a niestety, o zgrozo, wielu na to przystaje) to można by zaśpiewać/zagrać taki misz-masz: hity z filmowych romansideł typu Titanic czy I will always love you, przeplatane obowiązkowo Shrekowym HallelujahAve Maria w trzech różnych wersjach. To może w takim przypadku już lepiej, żeby narzeczeni faktycznie nie przychodzili ze swoimi pomysłami… Tłumaczenie wówczas z mojej strony, dlaczego coś może być, a coś innego nie, jest naprawdę trudne – w gruncie rzeczy powinienem się cofnąć do źródeł ich najwidoczniej spartaczonej katechezy liturgicznej (albo jej braku) i zacząć od tego, co to jest msza, co to jest liturgia, jakimi rządzi się zasadami. Jednak najczęściej pięć minut rozmowy, niemal w biegu, przed kościołem – to dla mnie za mało czasu, żeby zrobić to dobrze, a jednocześnie nie zrazić tych ludzi do siebie, do Kościoła, wygłaszając jakieś zupełnie niezrozumiałe dla nich kwestie.

hallelujah

Wersja trzecia: można normalnie, po Bożemu i po ludzku

Co jakiś czas przychodzą do mnie jednak narzeczeni, którym zależy. Widzę to od pierwszych zdań rozmowy, gdy od razu wiadomo, ile ma być czytań, który psalm (ktoś go w ogóle zaśpiewa od ambony, wow!), jakie pieśni byśmy chcieli, co by pan dodatkowo mógł zaproponować? Rozmowa z takimi osobami, traktującymi swój ślub rzeczywiście jako coś świętego, pięknego, na poważnie, a nie jako zainspirowaną kinematografią albo spontanicznymi pomysłami kiczowatą szopkę, to dla mnie czysta przyjemność. W takich przypadkach jestem pewien (i nigdy się na tej intuicji nie zawodzę), że ten ślub będzie naprawdę piękny, będę słyszał odpowiedzi mszalne z dołu, że przy znanych pieśniach nie będę jedynym śpiewającym, że Komunia będzie długa, bo przystąpi do niej kto tylko może. A mnie będzie się szczerze chciało modlić za tych dwoje na dole.