Oczy tej Małej - czyli o maryjnym maju

Oczy tej Małej - czyli o maryjnym maju



Maj miesiącem maryjnym jest – nigdy za bardzo nie rozumiałem, dlaczego. Nadal wydaje mi się, że żaden miesiąc kalendarzowy nie jest ze swojej istoty „lepszy” do jakiegoś konkretnego kultu: czcić Matkę Bożą można (i należy) również poza majem, tak jak Serce Pana Jezusa poza czerwcem. Chociaż…

Majowe przywiązanie do Maryi tłumaczy się zwykle „ochrzczeniem” pogańskiego kultu bogini Artemidy z Efezu, czczonej właśnie w tym miesiącu. Pierwszy dogmat maryjny ogłoszono na Soborze właśnie w  Efezie, więc skojarzenie pozostało nieprzypadkowe. Do tego wszystkiego zwrócono uwagę na wiosenny charakter tego miesiąca. Jest to, według mnie, interpretacja trochę wymuszona, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwa: jeśli maj sam w sobie ma kogoś zmobilizować do większego nabożeństwa do Matki Bożej, to niech tak będzie. Nasza pobożność ludowa przywiązała się tak silnie do majowe odmawiania Litanii Loretańskiej, że prawie nikt sobie nie wyobraża dnia w kościele bez „majowego”, ważniejszego od wszystkiego innego, włącznie z Mszą, nie mówiąc o Liturgii Godzin.

Przyznam się, że zawsze miałem problem z moją maryjnością. Zawsze mi imponowali po tym względem święci, którzy potrafili (i potrafią) żywić zdrowy kult maryjny, jednocześnie będąc ściśle zjednoczonym z Chrystusem. To się oczywiście nie kłóci – protestanckie uprzedzenia zasiały trochę stereotypów, że oto katolicki kult świętych (na czele z Najświętszą) przesłania kult należny jedynie Bogu. To prawda, że źle się dzieje, gdy Maryja staje się w czyimś życiu niemal boginią – Ona jest człowiekiem, jednym z nas, chociaż wyjątkowo wybranym, uhonorowanym, ukoronowanym, wzorem człowieczeństwa. Jest Bożą Rodzicielką, Niepokalaną, Wniebowziętą – ale jednocześnie jest Uczennicą, Słuchaczką Słowa, wzorem wierności, pokory, posłuszeństwa, wolności. Warto co jakiś czas przypomnieć sobie realizm ziemskiego życia Maryi: to, że w gruncie rzeczy była bardzo młodą dziewczyną, gdy zaczęła się Jej przygoda z historią zbawienia. Patrzymy nieraz na Nią jak na niedostępną damę, wywyższoną na trony niebios – w rzeczywistości może nam nieraz pomóc bardziej jako prosta dziewczyna, która robiła po prostu to, co do niej należy. Mała, której spojrzenie może wszystko. (Oczy nie zmieniają swojej wielkości z wiekiem człowieka, więc oczy Maryi – tak jak każdego z nas – są zawsze oczami dziecka, oczami Małej; chyba dlatego mogą działać cuda.)

Miałem w swoim życiu taki okres, w którym… jakby nie odczuwałem potrzeby szczególnego kultu maryjnego. Uczestniczę w Eucharystii, modlę się, żyję liturgią – czy w moim życiu duchowym potrzeba czegoś więcej? Tym bardziej, że przecież Maryja i tak jest w tych wszystkich czynnościach wspominana. Tak naprawdę nadal to u mnie trochę kuleje, nie jestem idealnym synem dla idealnej Mamy – chociaż noszę szkaplerz, więc już samo to powinno mnie choć trochę mobilizować.

Nie ma jak u Mamy_24h

W życiu moich dwóch wielkich autorytetów: św. Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego Maryja miała zawsze wyjątkowe miejsce – niektórzy tłumaczą to faktem, że ich ziemskie mamy zmarły, gdy byli małymi chłopcami, i w ten sposób Maryja wypełniła ten brak. Próbowałem również iść taką drogą, ponieważ tak się złożyło, że moja mama odeszła z tego świata, gdy miałem tyle lat, co oni. Wydaje mi się, że jeśli za bardzo nie psychologizujemy i nie akcentujemy jedynie takiego spojrzenia, to może coś w tym być. Skoro Maryja ma być Matką nie tylko Jezusa, ale i naszą – to siłą rzeczy kształtujemy trochę naszą relację wobec Niej na podobieństwo relacji z naszą mamą (w analogii do obrazu Boga Ojca i relakcji z naszym ziemskim tatą).

mary1

Podczas pielgrzymki maturalnej na Jasną Górę zapamiętałem stwierdzenie biskupa, że warto się w Maryję zapatrzeć. Tak po prostu, być przez Jej obrazem i patrzeć w oczy. Bardzo silnie odczułem wówczas, że to jest kapitalna forma modlitwy, zwłaszcza wtedy, gdy brak nam słów. Patrzenie sobie głęboko w oczy to wyraz najbliższej zażyłości – przecież to się odbywa ze wzajemnością.

Nie da się być prawdziwym chrześcijaninem (a już na pewno katolikiem), bez nabożeństwa wobec Maryi, naszej Mamy – Jej macierzyństwo nie jest jakąś abstrakcją, ale rzeczywistą obecnością, trwaniem, całodobową dostępnością. Nic nie zastąpi Jej wstawiennictwa, nikt nie ma takiego dojścia do Jezusa, jak Ona. To  Ją najlepiej szarpać za płaszcz z prośbą szepnięcia swojemu Synowi, że nie mamy już wina. Nie chodzi oczywiście o tęsknotę za upojnym trunkiem – ale o najlepszą moim zdaniem ilustrację działania Maryi: Jej słowa w Kanie Galilejskiej, uruchamiające pierwszy publiczny cud Jezusa, to przecież te liczne momenty w moim życiu, kiedy nie mam wina, czyli nic mi się nie chce, nie mam siły, brak mi motywacji, zapału, duchowego ognia, życiowego paliwa, pogoni za łaską. Wtedy „oczy tej Małej” mogą wszystko.

Obecnie moja maryjność przejawia się przede wszystkim w liturgii, zwłaszcza w Jej święta – ale podczas każdej Mszy jest wymieniana z wyjątkowym szacunkiem. Poza tym mam dwa sposoby do utrzymania z Nią kontaktu (chociaż ciągle sobie wypominam, że jestem raczej synem rzadko odwiedzającym Mamę): Litanię Loretańską i Różaniec.

Mów Jej komplementy, aż się zaczerwieni

Litania Loretańska to nic innego jak długa lista komplementów wypowiadanych Maryi. Nie mówimy ich jednak bezinteresownie: za każdym z nich idzie uporczywe „módl się za nami!”. Coś w tym jest – gdy chcemy kogoś prosić o coś ważnego (a co może być ważniejszego od modlitwy?), to często najpierw się temu komuś w jakiś sposób przymilamy. Oczywiście tutaj to nie działa tak prosto, bo nasza Mama jest wzorem pokory i cichości, więc uderzanie w Jej próżność to bardzo chybiony pomysł… no, ale z drugiej strony nie jest zimną Białą Czarownicą z Narnii i nie będzie zupełnie nieczuła na nasze komplementy – jako dobra Mama na pewno zwróci uwagę na laurki, zrobione przez jej dzieci, i skłoni się ku ich prośbom.

Mam do tej litanii jeszcze osobisty sentyment: w dniu, w którym oświadczyłem się Elżbiecie, spacerowaliśmy wcześniej po Starym Mieście i weszliśmy w pewnym momencie do kościoła Matki Bożej Łaskawej. Tam odmówiliśmy razem Litanię Loretańską „na zmianę”, czyli każde z nas mówiło jedno wezwanie połączone od razu z „módl się za nami” na przemian. Czasami do tego wracamy (szczególnie w maju) i muszę powiedzieć, że jako forma modlitwy małżeńskiej jest to coś wyjątkowego.

Weź Ją ze sobą na drogę

Różaniec nie jest łatwą formą modlitwy – zwłaszcza, gdy źle się go rozumie, traktuje jako męczące i nużące „klepanie zdrowasiek”. Napisałem już na moim blogu wpis o odmawianiu Różańca, więc nie będę się powtarzał (zajrzyj TUTAJ) – tym razem wspomnę o Nowennie Pompejańskiej, którą podjąłem jakiś czas temu.

Nigdy nie byłem entuzjastą tych niezliczonych nowenn, koronek i całej masy instrumentów pobożnościowych, często niestety traktowanych trochę magicznie, jako coś innego, bardziej atrakcyjnego, oryginalnego – tak, jakby trzeba było na siłę szukać nowych form modlitwy. Jednak Nowenna Pompejańska nie jest niczym zupełnie oryginalnym, nowym: polega na codziennym odmawianiu Różańca, z tym że przez 54 dni, z dodawanymi jedynie dwiema modlitwami: przez 27 dni błagalną, a przez następne 27 dni dziękczynną. Istnieje wiele świadectw ludzi, którzy otrzymali konkretne łaski po odmówieniu takiej Nowenny, i nie ukrywam, że zostałem nimi zachęcony.

mary2

Pewnego dnia po prostu postanowiłem, że spróbuję – i zabrałem się za odmawianie. Codzienny Różaniec to nie jest prosta sprawa, tym bardziej, gdy nie można zrobić sobie ani jednego dnia przerwy. Wniosek: to niezwykle ustawia dzień. Gdy wydaje się, że jest w nim tyle zadań do zrobienia, tyle pracy i różnych obowiązków, że trudno jeszcze coś wcisnąć – nagle Różaniec jakby ogarnia to wszystko. Nauczyłem się odmawiać go w samochodzie, na spacerze, przygotowując obiad, drzemiąc, po prostu w każdej wolnej chwili, kiedy nie musiałem jakoś specjalnie angażować umysłu. Po jakimś czasie poczułem, że Zdrowaś Maryjo stało się niemal moim oddechem, modlitwą wypowiadaną niemal mimowolnie, tak że nieraz musiałem się pilnować, żeby nie zaniedbać zupełnie rozważanych Tajemnic (to przecież one są najważniejsze). Intencje mojej nowenny zostawię dla siebie – ale jako pewien znak odczytuję, że w ostatnim dniu nowenny przyszła na świat Basia, chociaż powinna to zrobić tydzień wcześniej.

Te oczy naprawdę mogą wszystko. Ciekawe, czy wiecie, które trzy przedstawienia Matki Bożej (w pewien sposób mi najbliższe) są ilustracją tego wpisu?

Jeśli chcesz poznać 50 powodów, dla których warto odmawiać Różaniec (nie tylko w maju), to obejrzyj to:

https://www.youtube.com/embed/haW_JYRU0GY